- Cyfrowe echa przeszłości… portal KRONIK@jako repozytorium tożsamości kulturowej
- Dziedzictwo jako opowieść – sens, wspólnota i potencjał cyfrowej narracji
Tekst powstał pod wpływem doświadczeń prowadzenia wykładów w ramach Instytutu Historii Sztuki UJ i Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie. Dziękuję wszystkim studentom oraz kadrze tych instytucji.
Zanim zanurzymy się w chłodzie serwerowni XXI wieku i spróbujemy zrozumieć naturę sztucznej inteligencji, musimy cofnąć się do momentu, w którym informacja po raz pierwszy w historii nowoczesnej zerwała się z uwięzi. Jest początek XVI wieku. W Wittenberdze i sąsiednich miastach Rzeszy prasy drukarskie – wynalazek, który jeszcze chwilę wcześniej był technologiczną nowinką traktowaną z rezerwą – zaczynają pracować z niespotykaną dotąd intensywnością.
To tam, w rytmie mechanicznych uderzeń pras, rodzi się pierwsza masowa komunikacja. Gdy 95 tez Marcina Lutra trafiło na zecerskie kaszty, wydarzyło się coś, czego ówczesny świat nie potrafił jeszcze ani w pełni opisać, ani pojąć. W ciągu zaledwie dwóch tygodni pisma te obiegły główne miasta Rzeszy, a w miesiąc stały się lekturą całej Europy. Był to wstrząs poznawczy. Druk sprawił, że wiedza przestała być ekskluzywnym przywilejem zamkniętym w klasztornych wieżach, wiedzą mozolnie przepisywaną przez lata przez skrybów przy świecach. Stała się towarem, narzędziem publicznego sporu, a momentami także najgroźniejszą bronią. Wittenberga unaoczniła nam potęgę skali i prędkości – dwóch wektorów, które dziś, w epoce sztucznej inteligencji, ponownie i radykalnie redefiniują nasze relacje z prawdą.
Jednak ta głośna, mechaniczna rewolucja druku miała swoje ciche, intymne preludium niemal sto lat wcześniej. I to ono stanowi fundament tego, kim jesteśmy jako humaniści – także dziś, w epoce cyfrowej.
Samotność w scriptorium: u źródeł humanizmu
Zimą 1417 roku włoski humanista, pisarz i niestrudzony poszukiwacz, Poggio Bracciolini, przemierzał stare biblioteki klasztorne w niemieckich opactwach. Szukał głosów przeszłości, które zamilkły pod warstwą kurzu. W chłodzie scriptorium jednego z klasztorów – być może w Fuldzie – pośród setek zapomnianych woluminów jego wzrok padł na rękopis, który inni mnisi pominęli obojętnym milczeniem. Było to De rerum natura (O naturze rzeczy) Lukrecjusza.
To odkrycie było iskrą. Jak przypomina Stephen Greenblatt w swojej głośnej książce Zwrot. Jak zaczął się renesans, odnalezienie tego jednego tekstu uruchomiło falę przemian intelektualnych wykraczających daleko poza filologię. Lukrecjusz proponował wizję świata pozbawioną nadprzyrodzonej teleologii, opartą na atomach, obserwacji i materialnej strukturze rzeczywistości. W tym sensie De rerum natura stało się jednym z kamieni węgielnych nowożytnego myślenia naukowego.
Ta scena – samotny uczony pochylony nad pergaminem, „rozmawiający ze zmarłymi” (jak pisał Machiavelli) – stała się mitem założycielskim naszej dyscypliny. Humanista to ten, który łączy kropki, który w chaosie danych widzi sens. Warto jednak pamiętać o rzeczy fundamentalnej: humanizm od samego początku był projektem technologicznym. Opierał się na konkretnych nośnikach (zwój, kodeks, druk), infrastrukturze (biblioteki, archiwa, skryptoria) i metodach organizacji informacji (indeksy, przypisy). Dzisiejsza humanistyka cyfrowa nie jest więc zerwaniem z tradycją, lecz jej najbardziej logicznym, konsekwentnym rozwinięciem w nowym medium.
Od humanizmu klasycznego do cyfrowego: problem nadmiaru
Współczesna humanistyka znalazła się w sytuacji analogicznej do tej, w której tkwili badacze XV i XVI wieku – stoją u progu nowej ery dostępu, ale mierzą się z paraliżującym nadmiarem. Od początku XXI wieku w Polsce realizowane są dziesiątki ambitnych projektów digitalizacyjnych. Rękopisy, starodruki, dzieła sztuki, archiwa fotograficzne i nagrania audiowizualne trafiają do sieci w tempie, którego nie przewidzieliby najśmielsi futurolodzy. Biblioteka Narodowa (Polona), muzea, archiwa państwowe – tworzą cyfrowe kopie milionów obiektów.
Ten moment oznacza przejście od etapu digitalizacji – rozumianej jako proste, techniczne odwzorowanie i udostępnienie zasobów – do etapu interpretacji na masową skalę.
Tradycyjny historyk sztuki mógł w ciągu życia dokładnie przebadać kilka tysięcy rycin. Dziś, dzięki cyfryzacji, ma dostęp do milionów. I tu pojawia się problem: ludzkie oko i ludzki czas są zasobami ograniczonymi. Nie jesteśmy w stanie „przeczytać” całej kultury. Właśnie w tym miejscu rodzi się humanistyka cyfrowa. Nie jest ona przelotną modą technologiczną, lecz konieczną odpowiedzią na klęskę urodzaju. Jej celem nie jest zastąpienie klasycznej erudycji, lecz jej wzmocnienie poprzez nowe instrumenty analityczne, które pozwalają widzieć „z lotu ptaka” (distant reading).
Repozytoria, agregacja i poszukiwanie sensu
Paradoks współczesnej cyfryzacji polega na tym, że im więcej powstaje odizolowanych repozytoriów, tym trudniej przebić się z pojedynczym zasobem do świadomości badacza. Nadmiar informacji nie prowadzi automatycznie do wiedzy; często prowadzi do szumu poznawczego. Internet stał się gigantycznym śmietniskiem kontekstów. Dlatego obok prostego gromadzenia danych, kluczowe stają się narzędzia ich koncentracji i integracji.
Doskonałym przykładem tego podejścia jest portal Kronika.gov.pl. Nie jest on kolejną „biblioteką cyfrową” w starym stylu, gdzie pliki leżą obok siebie jak książki na półce. Jest to brama semantyczna. Łączy rozproszone repozytoria, umożliwiając ich wspólne przeszukiwanie i analizę w jednym miejscu. To istotna zmiana paradygmatu: przechodzimy od myślenia w kategoriach pojedynczych kolekcji do myślenia w kategoriach połączonego ekosystemu danych kultury. W tym systemie obraz z Muzeum Narodowego może zostać automatycznie powiązany z dokumentem z Archiwum Państwowego i artykułem z czasopisma naukowego, tworząc pełny obraz zjawiska.
Od wyszukiwania do wnioskowania: AI jako partner, nie wyrocznia
Wraz z gwałtownym rozwojem sztucznej inteligencji (Generative AI, LLM) wchodzimy w kolejny etap tej ewolucji. Modele językowe i wizualne umożliwiają już nie tylko wyszukiwanie słów kluczowych (co robimy od lat 90.), ale także analizę wzorców, porównania stylistyczne, rozpoznawanie motywów ikonograficznych czy mapowanie sieci powiązań między autorami a instytucjami.
Tutaj jednak musimy zachować humanistyczny sceptycyzm. W debacie publicznej AI często przedstawiana jest jako magiczna kula. Tymczasem w rzetelnej nauce AI nie może funkcjonować jako „czarna skrzynka” (black box) czy autonomiczny interpretator. Jest narzędziem wspomagającym – soczewką, a nie wyrocznią.
Technologie takie jak RAG (Retrieval-Augmented Generation) pozwalają łączyć retoryczną sprawność modeli językowych (takich jak GPT) z twardą wiarygodnością zweryfikowanych zasobów repozytoryjnych. Dzięki temu możemy „zmusić” AI, by odpowiadała na pytania wyłącznie na podstawie zasobów Polony, podając źródło każdego twierdzenia. To zasadnicza różnica między naukowym a konsumpcyjnym użyciem technologii. Tutaj ostateczna interpretacja, weryfikacja i odpowiedzialność etyczna wciąż pozostają po stronie człowieka.
Dlaczego giganci z Doliny Krzemowej nie rozumieją polskiego baroku?
Często słyszę pytanie: po co budować własne, narodowe narzędzia i zbiory danych, skoro mamy Google, OpenAI i Microsoft? Odpowiedź tkwi w pojęciu suwerenności danych.
Ogólnodostępne modele komercyjne są „turystami” w świecie polskiej kultury. Są elokwentne, ale powierzchowne. Uczą się na danych z całego internetu, w którym dominuje język angielski i zachodnia perspektywa kulturowa. Mają cztery dyskwalifikujące wady w pracy badawczej nad lokalnym dziedzictwem:
- Brak kontekstu instytucjonalnego: Nie rozumieją, czym jest inwentarz klasztorny czy specyfika polskiej szlachty.
- Język jako filtr: Słabo radzą sobie ze staropolszczyzną, łaciną czy gwarą.
- Jakość wizualna: Uczą się na skompresowanych plikach z sieci, a nie na wiernych cyfrowych odwzorowaniach, na których widać fakturę papieru.
- Halucynacje: Gdy nie wiedzą, zmyślają fakty, byle tylko odpowiedź brzmiała gramatycznie poprawnie.
Dopóki nie nauczymy maszyn korzystać z naszych, wiarygodnych źródeł, ich wiedza o polskim dziedzictwie będzie zafałszowana.
Gdy archiwum spotyka algorytm: lekcja z Kłodzka
Potencjał współpracy między „gęsim piórem a algorytmem” najlepiej widać na konkretnych przykładach, gdzie technologia rozwiązuje zagadki, z którymi człowiek borykał się latami. W 2018 roku w dawnym klasztorze jezuitów w Kłodzku odkryto zbiór precyzyjnych rysunków architektonicznych. Były piękne, ale nieme – niepodpisane, bez dat, bez lokalizacji.
Dopiero żmudna identyfikacja jednego z planów jako projektu kościoła w Łucku pozwoliła – przy wsparciu analizy porównawczej – powiązać zespół z architektem Simonem Pitzem. W tym momencie do gry weszły modele cyfrowe. Z pomocą AI i modelowania 3D udało się stworzyć eksperymentalne rekonstrukcje nieistniejących budowli. Pozwoliły one nam „zobaczyć” potencjalny wygląd architektury, która przepadła w mrokach dziejów.
W tym przypadku AI stało się narzędziem historycznej wyobraźni – protezą naszej pamięci. Ale to niesie też ryzyko.
Piękna fikcja i cyfrowe miraże
Ta sama technologia, która pomaga w badaniach, potrafi generować przekonujące kłamstwa. Modele wizualne są mistrzami estetycznej sugestii. Wygenerowany przez AI obraz „rynku w XVII wieku” może zachwycić laika, ale dla historyka będzie zbiorem nonsensów. To realne zagrożenie: cyfrowy mit może zostać pomylony z dziedzictwem.
W epoce postprawdy, to co atrakcyjne wizualnie, często wygrywa z tym, co prawdziwe. Dlatego rola humanisty rośnie – musimy być strażnikami autentyczności, którzy potrafią odróżnić dokument od generatywnej fikcji i wyjaśnić to społeczeństwu.
Homo sum et nihil digital…
Od gęsiego pióra Poggia Braccioliniego, przez hałaśliwą prasę drukarską Lutra, po ciche algorytmy w chmurze – historia humanistyki jest historią narzędzi, które poszerzały nasze pole widzenia.
Parafrazując Terencjusza w duchu XXI wieku: Homo sum et nihil digital a me alienum puto – człowiekiem jestem i nic, co cyfrowe, nie jest mi obce.
Nie możemy oddać technologii sterów nad interpretacją naszej kultury. To my, humaniści, musimy nauczyć algorytmy naszego języka i wrażliwości. Czytelnik Polony ma prawo wiedzieć, co jest źródłem historycznym, co naukową rekonstrukcją, a co jedynie cyfrowym powidokiem. I właśnie na tym polega współczesna misja humanisty.
Więcej o architekturze RAG w kolejnym wpisie blogowym.
Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową zadania sfinansowanie działalności Centrum Kompetencji w zakresie digitalizacji materiałów bibliotecznych w 2025 roku.
◊◊◊
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego





